Kochaj swoje ciało | 52 Tygodnie Pozytywności

jak zaakceptować swoje ciało

Tak, swoje, właśnie swoje. Nie Beyonce, nie Shakiry, nie Jessiki Alby. Masz jedno życie, jedno ciało i jedno zdrowie. Szanuj je.

Z całą pewnością ten tekst i ten tydzień dedykuję kobietom. Może to stereotyp, ale wydaje mi się, że Panowie w większości jednak trochę mniej przejmują się swoim wyglądem. Jestem pewna, że są i tacy, dla których jest on bardzo ważny, ale mam wrażenie, że w naszej kulturze to oni są pod tym względem dyskryminowani – no bo co z nich za baby, że chcą dobrze wyglądać. Ja bardzo kibicuję niestereotypowemu myśleniu, więc, Panowie, dbajcie o siebie i nie dajcie sobie wmówić, że to niemęskie. Jeszcze tego brakowało, żeby pokolenie Januszy, których dbałość o jakość swojego życia, decydowało o tym, co jest dla Was dobre! Koniec dygresji. Tekst dedykuję kobietom, bo łatwiej mi z nimi empatyzować, bo wiem, w co w nas próbuje wtłoczyć medialna sieczka i wiem, jak trudno w tym wszystkim się odnaleźć i dać sobie prawo do akceptacji swojego ciała.

Beyonce nie urodziła się Beyonce

Lubimy patrzeć na gwiazdy i im zazdrościć, oj lubimy. Jasne, Beyonce ma talent, ale i nad swoim głosem musi pracować. Nie mówiąc już o układach choreograficznych, które musi opanowywać do perfekcji do swoich teledysków i koncertów. Ale o ciele miało być. Wydaje nam się, że ona ma takie idealne ciało naturalnie. A prawda jest taka, że naturalnie to ona ma pewien typ figury. Nad całą resztą musi ostro pracować. Kiedyś czytałam o tym, jak to przed koncertami ćwiczy po 5 godzin dziennie. Nie wiem, na ile jest to prawdziwe, ale na pewno prawdziwe jest to, że przeciętna zjadaczka chleba nie ma tyle czasu na pracę nad swoim ciałem. Nie wiem też, ile Beyonce je, ale wiem, ile jadła Cassey Ho z Blogilates przed jakimś konkursem fit modelek. 1000 kalorii. Sama po latach przyznała, że było to głupie.

Nie mogłam się oprzeć i zamieszczam tu jej cudny teledysk z utworem, do którego tekst napisała Sia. Bardzo a propos.

Cellulit jest normalny

Kiedy usiadłam do pisania tego tekstu, próbowałam znaleźć jakieś źródło w internecie, do którego mogłabym się odwołać pisząc o cellulicie. I czego się dowiedziałam? Że cellulit to „problem”, „defekt kosmetyczny” i generalnie powinnam się go pozbyć. Co za bzdura. Dwa lata temu, gdy byłam w najlepszej formie w całym swoim życiu, ciągle miałam cellulit! Mniejszy, fakt, bo zdrowe odżywianie, szczotkowanie na sucho i ruch go redukują, ale nadal był. Poszukując dalej na szczęście znalazłam wyjaśnienie: „Cellulit zaś tak naprawdę jest po części (?) naturalnym efektem budowy tkanki łącznej (pytajnik i podkreślenie – moje) i redukuje się go głównie ze względów estetycznych (…)”. Jak pisałam – można go ograniczyć, owszem, ale nie jest to proste. W kobiecym ciele włókna kolagenowe układają się w taki sposób, że po prostu jest to widoczne. Podobno ma go 90 proc. kobiet, co sprawia, że chyba można go uznać za normalny, nie? Ale pomyślcie, jaka to by była strata dla wielkich koncernów kosmetycznych, które oferują kremy mające rzekomo go zmniejszać, gdyby kobiety pogodziły się ze swoim naturalnym wyglądem. Światem rządzi pieniądz, pamiętajcie o tym.

Włosy na kobiecym ciele są NORMALNE

Wiecie, że golenie się przez kobiety jest całkiem nowym wymysłem? Kobiety starsze ode mnie o mniej więcej 50 lat wcale tego nie robiły. No, może niektóre, ale na pewno nie było to powszechne. I mówię tu o nogach. Tzw. „okolic bikini” czy pach nie goliło się jeszcze w latach 80. (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Nie chcę być hipokrytką – sama lubię mieć ogolone nogi i ogólnie uważam, że jest to estetyczne. Nie zmienia to faktu, że jeżeli nie będę miała na to czasu, to będę miała te nogi nieogolone. I nikt mnie nie będzie wyzywał z tego powodu od babochłopów, bo ja się bezwłosa nie urodziłam. Podobnie jak każda inna kobieta, która chodzi po tej planecie. No dobra, Azjatki z pewnością mają mniej włosów, bo takie mają przystosowanie ewolucyjne, ale Panowie Azjaci też. To pewnie Azjaci są kobietami? Same widzicie absurd tego rozumowania 🙂

Masz prawo mieć swoje priorytety

I masz prawo nie mieć czasu na to, żeby ogolić nogi. I dobrze, olej to. Czasem są ważniejsze sprawy niż ogolone nogi i super ekstra wypięty tyłek. Weź załóż kieckę i się nie przejmuj, kobieto. A jak masz problem, że masz kilkumilimetrowe odrosty włosków na nogach, to załóż długą kieckę. Albo miej w nosie. Czas, by mężczyźni zrozumieli, że nieskazitelny wygląd nie jest priorytetem każdej kobiety.

Nie musisz być taka, jak inne

jak zaakceptować swoje ciało

Jesteśmy różne. I różni. I dlatego świat jest piękny. Słyszałaś, że zakochujemy się właśnie w defektach, a nie w perfekcji? Bo perfekcja jest nudna. A jeśli chcesz się doskonalić – niezależnie od tego, w jakim zakresie, to nigdy nie porównuj się do innych. I jeśli chcesz z kimś konkurować, to zawsze ze sobą z wczoraj.

Nie jesteś ozdobą świata, którym rządzą mężczyźni

I nie bądź nią. Jesteś kimś o wiele, wiele cenniejszym. Jesteś niepowtarzalnym człowiekiem. Nie musisz zawsze nosić głębokich dekoltów i obcisłych sukienek. Możesz założyć dres, jeśli czujesz się w nim dobrze. To Ty decydujesz. Maluj się – jeśli czujesz się wtedy lepiej – albo nie – jeśli nie lubisz. Jeśli chciałabyś, ale nie umiesz, to włącz YouTube albo poradź się koleżanki. Ty decydujesz.

A na koniec:

Nie musisz chcieć być idealna

Ale musisz być przygotowana na to, że innym może się to nie podobać. Ja np. przyznaję otwarcie: nie lubię być ściśnięta w pół na małym siedzeniu w metrze, bo siedzi obok mnie ktoś, komu jedno siedzenie nie wystarczy. Ale również nie lubię, jak jakiś chłop rozwala nogi i łokcie, i też jestem ściśnięta. Lepiej więc nie doprowadzać się do takiego stanu – to jest też dla Waszego zdrowia, ja nie mówię tego ze złośliwości, bo ostatecznie jak mi nie pasuje jakieś miejsce to zawsze mogę się przesiąść albo po prostu wstać. Czasami ktoś nie może schudnąć. Lajf. Ale generalnie, jeśli Wam z tym dobrze i jeśli czujecie się zdrowo, to wszystko jest w porządku 🙂

Zadanie #17 Doceń swoje ciało

Na początek małe wyjaśnienie – ten wstęp to nie jest żadne przyzwolenie na żarcie byle czego w nie wiadomo jakich ilościach i totalny brak ruchu. Nie. Pamiętaj, że Twoje ciało, to nie jest śmietnik. Twoje ciało to jest dom, w którym mieszka Twoja wspaniała osobowość, a o dom trzeba dbać. Założę się, że chcesz być sprawna na starość. Ja na przykład chcę. Dlatego zawsze staram się – choć, przyznaję, że nie zawsze się to udaje – jeść zdrowo i zapewniać sobie optymalną dawkę ruchu. Widzę starszych ludzi, którzy podobno żyli w takich wspaniałych, zdrowych czasach, jedli to i tamto i „jakoś żyli”. Widzę to, w jakim są teraz „zdrowiu”. I mnie to „jakoś” nie przekonuje. Bo ja nie chcę żyć „jakoś”. Nie wyobrażam sobie, że nagle będę miała te 60 lat i nie dam rady robić tego, co chcę robić. Wolę do tego „jakoś” dodać końcóweczkę „-ć” i brać przykład z inspirujących starszych osób (już nie raz wspominałam tutaj Antoniego Huczyńskiego i Tao Porchon-Lynch). Proponuję więc następujące kroki do okazania miłości swojemu ciału:

#1 Bezwarunkowo zaakceptuj swoje ciało takim, jakie jest teraz

Wiem, że to trudne. Ale – jak pisałam na początku – to jedyne ciało jakie masz, więc traktuj je z szacunkiem, na jaki zasługuje.

#2 Pomyśl, co możesz dla niego zrobić, żeby jeszcze lepiej dla Ciebie pracowało

Przykłady: pić dziennie 2 szklanki wody więcej, zacząć codziennie ćwiczyć po 30 minut, raz w tygodniu wyjść na basen albo na rower, chodzić na spacery, wchodzić po schodach zamiast wjeżdżać windą czy ruchomymi schodami, medytować 10 minut dziennie albo znaleźć inny sposób na odstresowanie.

#3 Przejrzyj swoją szafę krytycznym okiem

I wcale nie chodzi o to, żebyś zostawiła tam tylko to, co jest modne, eleganckie itd., ale o to, żeby TOBIE podobały się ubrania, które w niej są i żeby TOBIE odpowiadało to, jak w nich wyglądasz. Jeśli będziesz się czuć dobrze w swoich ciuchach – to będzie widać. 🙂 Nieważne czy wybierzesz sukienkę i szpilki, czy dresy i sportowe buty.

#4 Pomyśl o indywidualnych kwestiach, które pomogą Ci czuć się lepiej w swoim ciele

Powtarzam, każda z tych rzeczy dotyczy TYLKO Ciebie, więc jeśli nie odczuwasz potrzeby się nią zajmować, to tego nie rób. Przykłady? Ja np. od razu lepiej się czuję, gdy mam pomalowane paznokcie. Lubię też czuć się wypielęgnowana (balsamami, kremami, olejami). Zastanów się, czego Tobie brakuje.

#5 Zaakceptuj to, co naturalne

jak zaakceptować swoje ciało

Natomiast nigdy nie walcz za wszelką cenę z takimi rzeczami jak zmarszczki, cellulit, blizny, pociążowe rozstępy czy kształt i wielkość Twoich piersi. Te wszystkie „rzeczy” składają się na Ciebie i są naturalne dla kobiety (albo dla człowieka w ogóle – jak zmarszczki czy blizny). Nigdy się ich nie wstydź. Nie wstydź się założyć krótkich spodenek, gdy jest upał, z obawy, że kogoś swoim cellulitem urazisz. Nie wstydź się, że nie masz idealnie okrągłego i tak dużego biustu, jak ma Twoja koleżanka. A może ona zazdrości Ci Twoich długich nóg albo pięknego uśmiechu? Albo łatwości nawiązywania kontaktów? Każda z nas ma w sobie coś pięknego – nie róbmy z siebie chodzących kalk.

Jestem przekonana, że nie wyczerpałam tematu i że na ten temat mogłabym założyć całego bloga. Dlatego jeśli chcecie coś dodać do tego, co napisałam – walcie śmiało. 😉

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Ostatnie teksty z tego cyklu:

  1. Dlaczego warto czytać książki o rozwoju osobistym | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Schematy i nawyki – czy to zawsze dobra droga? | 52 Tygodnie Pozytywności
  3. Nie rób z siebie męczennika | 52 Tygodnie Pozytywności
  4. Kup coś, co dawno za Tobą chodzi | 52 Tygodnie Pozytywności

Pozostałe znajdziesz w zakładce: 52 Tygodnie Pozytywności

A na dokładkę: Terror pozytywności?

Zacznij TERAZ czy wrzuć na luz?

równowaga między pracą a odpoczynkiem

Oto jest pytanie – chciałoby się rzec. Jeżeli też czujecie się nieustannie bombardowani ze wszystkich stron tymi dwoma sprzecznymi hasłami i nie wiecie, co z tym począć, to zapraszam do lektury. 🙂

Z jednej strony słyszymy, że ciągle robimy coś za wolno, obijamy się, zbyt mało osiągamy, za słabo o siebie dbamy. No gdzie ten Twój sukces? Co Ty robisz ze swoim życiem? Gdzie te Twoje miliony? Dlaczego nie przebiegasz codziennie kilku kilometrów? Trzeba być pięknym, wysportowanym, młodym, ambitnym i bez skazy. A nade wszystko, jeśli założy się jakiś cel albo postanowienie, to o-mój-boże-jak-to-nie-robisz-tego-codziennie-przecież-to-prokrastynacja! Z drugiej strony mamy idee slow life, work-life balance, czasu dla rodziny, czasu na życie, odpuszczania sobie. Jeśli ktoś podchodzi do tego ortodoksyjnie, to mógłby powiedzieć, że ktoś inny się przepracowuje. Albo jak to nie masz czasu się spotkać. Albo dlaczego nie masz jeszcze dzieci, ani psa.

No i co z tym fantem począć?

Każdy ma swoją definicję sukcesu i szczęśliwego życia

Zacznijmy od tego, że każda z tych – z pozoru sprzecznych – idei ma sens. Oczywiście, że nie warto być couch potato, który nic nie robi ze swoim życiem i tylko żre czipsy przed telewizorem. Tylko co się robi ze swoim życiem ponad to żarcie czipsów, to już jest dosyć indywidualna sprawa i należy o tym pamiętać. Jesteś wziętym prawnikiem albo chirurgiem plastycznym? Super. Pamiętaj tylko, że ktoś inny może spełniać się jako nauczyciel. Prowadzisz firmę? Nie zapominaj o tym, że to nie jest jedyna ścieżka kariery. Pracujesz w korpo? Nie obrażaj ludzi pracujących w sektorze publicznym albo freelancerów. Ogólnie rzecz biorąc – pracujesz? Nigdy nie obsmarowuj matek. One mają w domu naprawdę ciężką harówkę, która w dodatku jest niepłatna i mało kto ją docenia. Innymi słowy – zawsze pamiętaj o zasadzie „żyj i daj żyć innym” (po swojemu).

Bez priorytetów ani rusz

równowaga między pracą a odpoczynkiem

Przede wszystkim trzeba pamiętać o priorytetach. Jeśli nie masz jeszcze takowych sprecyzowanych, to popracuj nad tym. Dopóki nie masz priorytetów, to każda próba narzucenia sobie jakiegoś nawyku albo celu, będzie jak machanie rękami na oślep. Pomyśl sobie, jakie w ogóle są sfery w Twoim życiu (przykładowo: rozwój duchowy/osobisty, związki z najbliższymi, kondycja fizyczna, kariera, odżywianie itp.) i – kierując się sercem (!) – ustal, które z nich są dla Ciebie najważniejsze, a które najmniej ważne. Później możesz sobie też ustalić ich procentowy udział w Twoim życiu – dzięki temu będziesz wiedzieć, ile swojego czasu tak naprawdę chcesz im poświęcić. Jak już to ustalisz, to nie daj sobie wmówić, że coś innego jest ważne. Nie. Dla Ciebie jest ważne to, co jest ważne dla Ciebie. I koniec. Tym samym – jeżeli jesteś szczęśliwa/szczęśliwy, mimo nadprogramowych kilogramów, to miej gdzieś, że jakaś fit koleżanka próbuje Ci wmówić, że dzień bez wyciskania, to dzień stracony. Choć dla niej to z pewnością prawda. 🙂

Czasem warto poczekać

Z tym zaczynaniem teraz, natychmiast jest jeszcze jeden problem. Nie zawsze warto. Jeżeli chcesz być fit, a w momencie, gdy pierwszy raz o tym pomyślisz, jesteś przeziębiona/przeziębiony albo masz okres, no to sorry, ale raczej nie będzie z korzyścią dla Ciebie, jeśli dasz sobie wtedy wycisk. Słuchaj swojego organizmu. Wycisk będzie na Ciebie czekał, gdy poczujesz się lepiej. 😉 Albo od strony bardziej umysłowej – jeśli pomyślisz sobie, że Twoim celem jest np. nauczenie się języka norweskiego, ale w obecnej chwili jesteś zakręcona/zakręcony i po prostu życie Ci na to nie pozwala, to poczekaj. Język norweski ciągle tam będzie, gdy Ty uporasz się z różnymi pilnymi sprawami, które Ci się nawarstwiły. Bo jeśli mimo szalonego czasu zaczniesz, to możesz się łatwo zniechęcić. Zawsze pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem i szanuj siebie. 🙂

Wrzucaj na luz z głową

To teraz trochę od tej drugiej strony. Wiesz, kiedy warto wrzucić na luz? Kiedy czujesz się naprawdę przemęczona/przemęczony i masz wszystkiego dosyć. Kiedy od harówki drętwieją Ci nogi i plecy. To ewidentny znak, że trzeba dać sobie chwilę odpoczynku. Może jakiś spontaniczny wyjazd? A może wystarczy spacer, spotkanie z przyjaciółką na pogaduszki przy kawie, mała sesja rozciągania, półgodzinna przerwa w pracy, masaż pleców wykonany przez partnera (nie bój się poprosić!). Natomiast nie wrzucaj na luz, kiedy czujesz, że za chwilę nastąpi przełom w Twojej pracy albo masz super przypływ natchnienia, a akurat piszesz książkę (natchnienie jest kapryśne); kiedy po prostu włącza Ci się mode leniuszek, a wcale nie jesteś zmęczona/zmęczony; kiedy jest ładna pogoda i szkoda Ci ją przegapić (to nie jest ostatni dzień ładnej pogody w Twoim życiu, ani nawet w tym roku). Naucz się odróżniać lenistwo od prawdziwego zmęczenia.

To da się pogodzić

równowaga między pracą a odpoczynkiem

Kiedyś do pamiętników (czy dzieci wciąż mają pamiętniki albo „złote myśli”?) wpisywało się wierszyk, który zaczynał się od słów „ucz się i pracuj, baw się i śmiej”. I wiesz co? To jest właśnie to. Złoty środek. Umiar. Balans. Jeśli masz już swoje priorytety, to wiesz, co chcesz osiągnąć, a czego nie. Co jest dla Ciebie ważne. Pracuj nad tym gorliwie i nie słuchaj narzekań innych, że pracujesz za dużo i w ogóle nie nad tym, co trzeba. Pamiętaj też, żeby robić sobie przerwy na proste przyjemności. Co jakiś czas pozwól sobie na większą: jakiś wyjazd (na taki, na jaki Cię stać) albo inny wypad do SPA. Czy co tam sprawia Ci radość. Spróbuj to wszystko sobie jakoś zorganizować (tu znajdziesz kilka sposobów na organizację czasu), jeśli to ułatwi Ci sprawę (mi na przykład ułatwia – planuję sobie także odpoczynek), a jeśli ogarniasz bez szczegółowego planowania i tak lubisz, to po prostu działaj. A nade wszystko – słuchaj siebie, a nie innych. Tylko Ty wiesz, co dla Ciebie dobre.

Jak sobie radzicie z zachowaniem takiej równowagi? Jeśli macie jakieś sposoby, to koniecznie się nimi podzielcie. 🙂 I co robicie, gdy ktoś wie, co dla Was najlepsze?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Pokonać prokrastynację – tablica motywacyjna i list do siebie z przyszłości
  2. Pokonać marazm
  3. 25 lekcji z 25 lat życia
  4. Nie marnuj dnia, nie marnuj życia… Ale co to właściwie znaczy?
  5. Potęga wytrwania w decyzji, czyli postanów coś sobie | 52 Tygodnie Pozytywności

Jestem błyskotliwa tylko wtedy, gdy jestem złośliwa

błyskotliwość co to jest

Pamiętacie mój tekst o sarkazmie? Odnosiłam się tam głównie do dowalania innym ze względu na to, że mają inne zdanie i inny światopogląd. Wczoraj dowiedziałam się też, że inne zdanie oznacza zakompleksienie. Ludzie, litości. No nic, nie o tym dziś chciałam.

Prawdę mówiąc, to trochę boję się tutaj o tym pisać, bo przecież „pozytywna” w nazwie bloga do czegoś zobowiązuje. 😉 Mam jednak zawsze nadzieję, że wiecie, że to nie jest tak, że ja nie zawsze jestem cała w skowronkach. Czasami, jak Ania Shirley, „pogrążam się w otchłani rozpaczy”, bo mi nic nie wychodzi. Czasem nawet z powodów bardziej błahych niż przypadkowe przefarbowanie włosów na zielono. Podobnie jest ze stronieniem od sarkazmu. Bywa tak, że mam wrażenie, że na moim ramieniu siedzi mały diabełek i podszeptuje mi do ucha: „No, powiedz to, powiedz. Nic takiego się nie stanie. A Ty zabłyśniesz!”. No właśnie.

Każdy kij ma dwa końce

Wyobraź sobie taką sytuację. Impreza, siedzicie sobie, rozmawiacie o życiu i śmierci, i temu podobnych pierdołach i ktoś wypowiada swoje zdanie. Ty z jakichś powodów uważasz, że ten ktoś się na tym temacie nie zna, albo nie powinien się na niego wypowiadać (jeśli z powodów osobistych – najgorzej). Mówisz: „no ty to rzeczywiście masz najwięcej do powiedzenia w tej sprawie”. Zapanowuje powszechna radość. No, prawie. Bo temu jednemu komuś będzie przykro. W takich sytuacjach naprawdę warto zastanowić się, czy… warto. 😉 Bo dobry żart to taki, z którego mogą się pośmiać wszyscy.

To tylko przykład, ale tak dowalić można na wiele sposobów. Najczęściej odnosząc się właśnie do czyichś przekonań, o czym pisałam we wspomnianym wyżej tekście. Wierzcie mi, że tego typu odzywki często cisną mi się na usta. Najczęściej udaje mi się je powstrzymać, bo wiem, że chwilowe zabłyśnięcie nie jest warte sprawienia komuś przykrości. Zdecydowanie wolę normalnie dyskutować, używając racjonalnych argumentów, jeśli się z kimś nie zgadzam. Najbardziej niezrozumiałe jest dla mnie używanie dowalania jako argumentu w mediach społecznościowych, gdzie mamy przecież czas na to, żeby przemyśleć swoją wypowiedź.

Pod publiczkę

To jest trudne. Ciężko jest wyrzec się tego poklasku, jaki daje złośliwość. Bo złośliwości są inteligentne. Złośliwości bawią towarzystwo. A przy tym wszystkim są wredne. W internecie jad wręcz sączy się z każdej strony. Nie mówię tu tylko o hejcie (żółciochluście – słyszeliście o tym tworze? podoba się Wam?), ale też o tekstach – na portalach i blogach. Pytam: po co? Żeby się dowartościować? Żeby być takim och-ach-obrazoburczym i przyciągać czytelników na potęgę? Na przyciągnięcie uwagi czytelnika jest wiele różnych sposobów. Nie rozumiem, po co wybierać akurat ten.

blyskotliwość co to jest

Ogólnie ze złośliwością jest tak, że ona jest pod publiczkę. Zawsze. Dużo bardziej wartościowe dla Waszego wnętrza będzie właśnie powstrzymanie się od złośliwości. Wtedy można się nauczyć bardziej uprzejmych rozwiązań. A to też wymaga użycia intelektu.

Co robić? Jak żyć?

Przede wszystkim, pamiętajcie: najważniejsze to powstrzymać się od złośliwości skierowanych w stronę konkretnej osoby. Warto też zwrócić uwagę na generalizowanie – „weganie popłaczą się, gdy zjem przy nich steka”, „eko-świry myją się tylko w deszczówce”, „feminazistki są brzydkie, krzyczące i nie golą pach”, „faceci to świnie”. Wiecie, co to jest, prawda? Stereotypy. Nie powielajcie ich. Ludzie są różni.

A propos stereotypów – to właśnie w ich stronę kierujcie złośliwe uwagi, jeśli ciężko Wam bez tego żyć (tak, jak mi jest ciężko). 😉 Przez stereotypy powiela się przekonania, które często (choć oczywiście nie zawsze) są szkodliwe i wywołują niepotrzebną niechęć albo nawet nienawiść do inności. A to kończy się zawsze źle. Dlatego im częściej będziemy stereotypy obalać ośmieszając je, tym mniej będzie negatywnego ładunku emocjonalnego w dyskusji o inności.

Gdzie jeszcze nieszkodliwie można ulokować złośliwość? Komentując codzienne sytuacje w oderwaniu od konkretnych osób lub grup, wyśmiewając samą/samego siebie i swoją wpadkę (to jest właśnie dystans) i tzw. głupotę ludzką – jeśli w ten sposób można uchronić inne osoby przed popadaniem w podobną głupotę i narażaniem się na różne niebezpieczeństwa na przykład. Idealnym ujściem dla złośliwości będzie też polityka, o ile będziecie kwestionować polityczne decyzje bez odniesienia do cech konkretnych osób (płeć, wiek, wyznanie, narodowość), czego uroczym przykładem jest powstające obecnie Ucho Prezesa. 🙂

błyskotliwość co to jest

Moim zdaniem spokojnie możecie też używać ironii, choć potocznie uważa się ją za ukrytą złośliwość. Zrozumiałam, czym jest i jak jej używać, mając 10 lat i od tamtej pory bardzo się tym chełpię. 😉 Rzecz w tym, że ironia wcale niekoniecznie musi obrażać rozmówcę. Żeby nie szukać daleko, kilka przykładów: „to genialny pomysł”, „- jak ci minął dzień? – wręcz wspaniale„, „piękną dziś mamy pogodę, doprawdy„. Być może ktoś się ze mną nie zgodzi, ale moim zdaniem ironia jest naprawdę nieszkodliwym środkiem wyrazu. 🙂 Bardzo lubię czytać ironiczne teksty – gdy znajdę jakiś blog, który jest ironiczny, ale nie ocieka jadem i szyderstwem, to jestem wniebowzięta. 🙂

I jeszcze jedna sprawa. Jest jeszcze coś takiego jak „obgadywanie”, którego znaczenie zostało przedziwnie rozszerzone. Obgadywać to znaczy mówić o kimś, gdy nie jest obecny, z reguły pogardliwie i fałszywie. Stwierdzanie faktów o kimś lub o jakiejś sytuacji, zwykłe opowiadanie o kimś, nie wydaje mi się szkodliwe. Uważam, że należałoby właśnie zwykłe opowiadanie oddzielić grubą krechą od obgadywania i dziwi mnie, że w definicji w Słowniku Języka Polskiego pada określenie „z reguły”.

Chętnie się dowiem, jakie jest Wasze zdanie na ten temat. 🙂 Zawsze można się czegoś nauczyć. A może znacie jakieś blogi, książki lub filmy, które są ironiczne, ale nie sarkastyczne?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Ci się spodobać:

  1. Nie masz za grosz dystansu! Różnica między żartem a sarkazmem
  2. Terror pozytywności?
  3. Rzut (krytycznym) okiem na „hygge”
  4. Jak to jest z tym posiadaniem?
  5. Jak sobie radzić z negatywnymi ludźmi?

Dlaczego warto czytać książki o rozwoju osobistym | 52 Tygodnie Pozytywności

warto czytać książki o rozwoju osobistym

W zeszłym roku totalnie przegapiłam Dzień Książki i Dzień Pisarzy. Nie wiem, jak mogłam. Ja, która książki uwielbiam, która na książkach się wychowałam! Dziadek opowiadał mi, że gdy byłam mała, to można było przy mnie robić wszystko i wcale nie przeszkadzałam. Z jednym wyjątkiem – czytać przy mnie to była niemożliwość. Wyrywałam gazety i książki. Po prostu denerwowało mnie to, że oni czytają, a ja nie umiem! Taki już pies ogrodnika ze mnie był. Byłam chyba bardzo zdeterminowana w tej kwestii, bo nauczyłam się czytać mając 4 lata, żeby nie być gorszą od tych wszystkich dorosłych! 😉

Przeszłam przez wiele czytelniczych faz – pochłonięcie całej serii o Ani Shirley (do której swoją drogą teraz wróciłam i wciąż ją uwielbiam), książki przygodowe (i ta irytacja, gdy dostrzegłam, że przygód nigdy nie przeżywają dziewczynki), kryminały Chmielewskiej (bo mama czytała), książki o uzależnieniach, Wędrujące Jeansy, romanse Sparksa, powieści wiktoriańskie, Vargas-Llosa, Murakami i oczywiście dorastanie na Harrym Potterze (dosłownie! Pierwszy tom przeczytałam mając 9 lat, ostatni – 18).

Pod koniec liceum zaczęła się kolejna faza, której jestem wciąż wierna (choć właściwie paru innym też, ale tej szczególnie). Czytałam wtedy Zwierciadło i Sens. Tak się składa, że oba te pisma miały rubrykę z poleceniami czytelniczymi. Jakkolwiek głupio to nie brzmi z racji tego, że miałam wtedy 19 lat, pierwszą książką tego typu, która mnie zainteresowała, było Gdyby Budda się ożenił Charlotte Kasl. To było odkrycie i wielka faza na buddyzm. 🙂 Ta książka sprawiła, że chciałam więcej i więcej, choć niekoniecznie ograniczając się do buddyzmu (ale cieszę się, że od tego właśnie zaczęłam). Oczywiście nadal doceniam czytanie powieści dla czystej przyjemności, ale zawsze staram się je przeplatać książkami o rozwoju osobistym.

Pozwolę sobie w tym tekście powiedzieć Wam dlaczego uważam, że warto po takie książki sięgać i które z nich szczególnie Wam polecam. 🙂

Dlaczego warto czytać rozwojowe książki?

#1 Sam akt czytania podnosi na duchu

Mówi się, że z rozwojowych książek nic się nie wyciągnie, jeśli nie będzie się ich czytało powoli, w skupieniu, z przerwami i wykonując zalecane ćwiczenia. Jasne, coś w tym jest – dzięki takiemu czytaniu korzystamy z książki na maksa. Ale jeśli daleko Wam do wiary w ich moc, to mi daleko do wiary, że tak sumiennie przyłożycie się do czytania. 😉 Natomiast wiem, że jeśli przeczytacie jakąś książkę dotyczącą rozwoju osobistego i ona w jakiś sposób Was zainspiruje, to już jest coś! Być może wrócicie jeszcze do niej, żeby wykonać ćwiczenia – i będzie to jeszcze bardziej super, bo zrobicie to bez żadnego wewnętrznego przymusu, ale z czystą radością. 🙂

#2 Dzięki nim zaczynamy robić rzeczy, o które nigdy byśmy siebie nie podejrzewali

Na przykład zaczniemy tak układać sobie dzień, żeby znalazło się w nim miejsce na odpoczynek i robienie czegoś, co się lubi. Kiedyś pisałam o tym, jak było, gdy byłam na studiach I stopnia. Wiecie, socjologia na Uniwersytecie Warszawskim = czytanie, czytanie, czytanie, a do tego przyswajanie niesamowitych ilości materiału (w tym statystyki i ogarniania programów do jej ogarniania w komputerze). To oczywiście było wspaniałe, bo same studia tak bardzo zmieniły mój sposób postrzegania świata, że nawet książki rozwojowe ich nie przebiły. 🙂 Minus był taki, że czasami (przez długie okresy) miałam tak dosyć wszystkiego – a przede wszystkim czytania – że potrafiłam zdobyć się tylko na odmóżdżające rozrywki. W końcu zebrałam się w sobie, przeczytałam jakąś książkę rozwojową (nie pamiętam w tej chwili, która to była), w której napisane było, że nie można zrezygnować z tego, co się lubi, ze względu na … – tu wstaw swoją wymówkę w stylu jestem przemęczona, nie mam czasu, itd. – bo ma się tylko jedno życie. A czym to życie jest bez przyjemności? Uświadomiłam sobie wtedy, że tak to nie będzie, protestantką nie jestem. Znajdę czas na te powieści i koniec. I znalazłam. I byłam przeszczęśliwa.52252852856421

#3 W każdej z nich znajdzie się choćby jedna rzecz, którą da się dla siebie wyciągnąć

Ok, czasami patrzę na książkę i wiem, że niczego nowego się z niej nie dowiem. No chyba że sobie utrwalę. Ale komuś innemu ta sama książka, może otworzyć oczy i wytworzyć u niego prawdziwe katharsis. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie życia (i rozwoju) jesteśmy. Ja jednak, jeśli już jakąś książkę czytam, to staram się wyciągnąć z niej cokolwiek. A to też bardzo rozwijające zajęcie. 😉 Ba! Sama krytyka jakiejś książki jest rozwijająca. Widzicie? Same zalety! 😉

#4 Dla każdego coś dobrego

warto czytać książki o rozwoju osobistym

Na rynku jest w tej chwili mnogość tego rodzaju książek. Chcesz się rozwinąć biznesowo albo intelektualnie? Proszę bardzo! Wolisz skupić się na rozwoju duchowym, chcesz pozbyć się jakichś ograniczających Cię przekonań? I dla Ciebie znajdzie się sporo tytułów. Liczysz na to, że uda Ci się wzmocnić swój związek? Nie ma problemu. Szukajcie, a znajdziecie. 😀

#5 Ułatwiają stawanie się najlepszą wersją siebie

Jeśli tu jesteś, to pewnie lubisz czytać blogi, które poruszają tematykę rozwoju osobistego i ogarniania swojego życiowego popaprania. 🙂 Rzecz w tym, że na blogach dostajesz wersję okrojoną. Choćby dlatego, żeby dobrze Ci się czytało i żeby nie było za długo. Z tego właśnie powodu uznałam za stosowne zrobić cykl, żeby jakoś bardziej to poukładać. Jednak książka ma tę zaletę, że organizuje więcej wiedzy, niż może jeden blogowy artykuł. Książka tę wiedzę pogłębia. Dzięki formie książkowej łatwiej osiągnąć cel, jakim jest stawanie się lepszym.

#6 Czytanie każdej książki czegoś uczy

Pozwólcie, że tu za bardzo nie będę się zagłębiać, bo zalałabym Was swoimi przemyśleniami odnośnie swoich ulubionych powieści. One uczą nas w mniej lub bardziej zawoalowany sposób rozmaitych wartości – lojalności, miłości, szacunku, tolerancji itd., a także rozwijają wyobraźnię. Książki rozwojowe wysupłują tę wiedzę i składają ją w usystematyzowaną formę.

#7 Dosłownie zmieniają życie i sposób patrzenia na świat

Czasami po przeczytaniu jakiejś książki – zwłaszcza takiej, po której odczuwamy katharsis – nagle widzimy wszystko inaczej. Nagle możemy góry przenosić i wierzymy w siebie jak nigdy dotąd. Czy samo to nie jest wystarczającą zachętą, żeby po taką książkę sięgnąć?

Gdybym chciała opisać więcej ich zalet, musiałabym odwoływać się do konkretnych pozycji i byłoby zbyt długo. Dlatego na tym zakończę. A może Wy chciałybyście/chcielibyście coś dodać?

Które pozycje szczególnie polecam?

Podaję Wam tytuły na sucho, bez opisów, bo bez problemu znajdziecie je w internecie. Każda z nich ogromnie wpłynęła na moje życie (niektóre całkiem niedawno!) – myślę, że bez przeczytania ich nie myślałabym tak, jak myślę teraz.

  • Gdyby Budda się ożenił, Charlotte Kasl (wspaniała książka dla osób, które chcą wznieść swój związek na wyżyny :))
  • Jak przestać się martwić i zacząć żyć, Carnegie Dale
  • Możesz, jeśli myślisz, że możesz, Norman Vincent Peale
  • 30 dni do zmian, Edyta Zając
  • Projekt Szczęście, Gretchen Rubin
  • Potęga teraźniejszości, Eckhart Tolle
  • Bliskość. Zaufaj sobie i innym, Osho

Zachęcam Was, żebyście sięgnęły/sięgnęli po którąś z ww. pozycji w ramach 12. (jak to się stało, kiedy to minęło?!) zadania. 😉

Zadanie #12 Kup lub pożycz rozwojową książkę o interesującej Cię tematyce

warto czytać książki o rozwoju osobistym

Nie ma lekko! Wiedziałyście/wiedzieliście, że coś takiego w końcu nastąpi i uderzę w Was bardziej wymagającym wyzwaniem. 🙂 Jako że dla każdego coś innego, to superpraktyczni zadaniowcy powinni poszukać raczej czegoś w stylu „7 sposobów na…” albo po prostu zajrzeć do książki i sprawdzić, czy jest naszpikowana praktycznymi ćwiczeniami, super-hiper-naukowo nastawieni ludzie mogą sięgnąć po pozycje bardziej naukowo-psychologiczne książki, które dokładnie wyjaśniają, jakie mechanizmy nami rządzą, a osoby z natury bardziej uduchowione i kreatywne będą uszczęśliwione pozycjami Osho lub innymi bardziej prowokującymi do przemyślenia niż do wykonywania konkretnych zadań.

Po prostu to zróbcie. Jeśli kupujecie, to może niekoniecznie polećcie do empiku i kupcie to, co będzie akurat na półce, ale pomyślcie najpierw, jaki aspekt swojego życia chciałybyście/chcielibyście poprawić (związek, biznes, a może wszystko po trochu?), poszperajcie w internecie (a nuż w jakiejś księgarni trafi się jakaś sympatyczna promocja. ;)), poczytajcie opinie, sprawdźcie, co do Was trafia i wtedy zdecydujcie się na zakup. Nie kupujcie kota w worku. A gdy już będziecie mieć książkę w ręku, pamiętajcie, by czytać ją w skupieniu. Czasem może wydawać się, że to są jakieś bzdury (to akurat niestety czasami prawda, dlatego trzeba uważać, co się wybiera) i wszystko już wiecie, ale jeśli nie będziecie uważni i nie przyłożycie się do proponowanych ćwiczeń, to wyciągniecie z danej książki zdecydowanie mniej, niż byście mogli.

Ja zdecydowanie muszę dokończyć Pełną MOC możliwości i Magię olewania. Jeszcze nie do końca jestem pewna, co z nich wydobędę, ale coś na pewno! 🙂

Macie jakąś rozwojową książkę na oku? A może obecnie coś czytacie? Podzielcie się tytułami książek, które bardzo wpłynęły na Wasze życie – powieści zdecydowanie też mogą być. 🙂

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Pozostałe teksty z tego cyklu:

  1. Potęga wytrwania w decyzji, czyli postanów coś sobie | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Szacunek i tolerancja, czyli podstawa wszelkich relacji | 52 Tygodnie Pozytywności
  3. Odgruzuj swoją przestrzeń i poczuj przypływ energii | 52 Tygodnie Pozytywności
  4. Stwórz swoje własne rytuały | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. Wiosenne zmiany | 52 Tygodnie Pozytywności
  6. A może by tak… nieco profilaktyki | 52 Tygodnie Pozytywności
  7. Rezygnacja – jak to ugryźć? | 52 Tygodnie Pozytywności
  8. Czym dla CIEBIE jest pozytywność? | 52 Tygodnie Pozytywności
  9. Zaplanuj podróż | 52 Tygodnie Pozytywności
  10. Wyślij kartkę, nie SMS-a | 52 Tygodnie Pozytywności
  11. Jeśli musisz z kimś konkurować – konkuruj ze sobą | 52 Tygodnie Pozytywności

A na dokładkę: Terror pozytywności?

Jeśli musisz z kimś konkurować – konkuruj ze sobą | 52 Tygodnie Pozytywności

nie porównuj się

Niezależnie od tego, czy mówimy o osiągnięciu życiowego sukcesu czy osiągnięciu życiowego zen, najważniejszą umiejętnością do spełnienia ich jest umiejętność nieporównywania się z innymi. A nade wszystko, jest to fundament pozytywnego życia. 

Ok, porównywanie jest dla ludzi naturalne – ale nie na zasadzie „a Zośka jest lepsza w … niż ja”. Naturalne to jest wybieranie tego, co jest dla nas najlepsze. A więc porównywanie tego, co moglibyśmy zjeść, w jakim hotelu spać, co moglibyśmy zrobić, czym zająć się w życiu, gdzie mieszkać i – w końcu – porównywanie ludzi, z którymi chcemy spędzać czas i tych, z którymi chcielibyśmy spędzić życie i mieć z nimi dzieci. W tym rozumieniu porównujemy non stop – świadomie lub podświadomie. Dokonujemy możliwie najlepszych wyborów w oparciu o narzędzia (wiedzę, życiowe doświadczenie itp.), którymi w danym momencie dysponujemy. Takie już z nas homo oeconomicusy. Jednak bezustanne porównywanie się z innymi – to już zmora naszych czasów. Dotyczy to szczególnie kobiet, bo to my najbardziej narażone jesteśmy na zabiegi marketingowe, mające na celu skuszenie nas na nabywanie coraz to nowych dóbr, które miałyby nas upiększyć, wyszczuplić, odmłodzić…

Wymarzona sylwetka

Moje ostatnie podejście do odchudzania było pod tym względem sukcesem. Porównywałam się tylko do siebie – do tego, jak silna/słaba byłam podczas ćwiczeń wczoraj, jaką kondycję miałam wczoraj, jak wyglądałam wczoraj, co zjadłam wczoraj. Ja. Nie co zjadła i ile brzuszków zrobiła Zośka. Teraz, gdy trochę przytyłam – przyznaję – biorę się za siebie nie dlatego, że Zośka ma talię osy, a ja nie. Tylko dlatego, że lubię mieć niewiele ciuchów i wkurza mnie, jak nie wchodzę w zeszłoroczne. Kiedyś jednak nie było tak kolorowo. W szkole bardzo porównywałam się do szczuplejszych i zgrabniejszych koleżanek. Teraz jednak wiem, że to po prostu idiotyczne. Mamy takie ciało, jakie mamy i tylko na takim możemy pracować. Ja nigdy nie będę miała tej całej talii osy, ani figury modelki, choćbym nie wiem, jak się katowała. Za to zawsze będę miała najszersze biodra na świecie i nic na to nie poradzę. Akceptuję je. Teoretycznie czynią mnie biologicznie bardziej atrakcyjną. 😉

nie porównuj się

Wymarzony styl życia

Ostatnio rozmawiałam z kimś, kto pieniędzy nie ma zbyt wiele, o ludziach, którzy mają ich w bród. Bardzo zirytowało mnie jego podejście. Opowiadał mi o kobiecie, która ma 200 par butów (zdziwiłby się, ile butów mają różne divy; co to jest 200… ;)) i że według niego, to oznacza, że ona jest głupia, bo na co komu tyle butów i w ogóle to trzeba wydawać pieniądze rozsądnie. Jasne, jak się ma mało to trzeba wydawać pieniądze rozsądnie. Jak się ma dużo, to ta kwestia już troszeczkę inaczej wygląda. Usłyszałam też – w odpowiedzi na mój argument, że bogaci ludzie często oddają sporą część swoich dochodów na cele charytatywne – że to biedni dają najwięcej na fundacje. No tak, wiecie, te 100 milionów, które zebrał WOŚP, to biedni dali (w naszym kraju żyje 38 milionów ludzi, rachunek jest prosty). A przede wszystkim – co komu do tego, kto ile wydaje? No pytam się, co? I co to jest? Zazdrość? Pewnie ukradł. Wiadomka. Ludzie, jeśli chcecie mieć dużo pieniędzy, to zarabiajcie, kombinujcie, myślcie. Albo przestańcie narzekać i czepiać się ludzi, którzy mają ich dużo. Jak będziecie mieć dużo swoich własnych, to wtedy sobie je wydacie ,,rozsądnie” i po swojemu.

Idealny dom

Temat na czasie, bo po świętach. Jak wiadomo, trzeba mieć dom idealny. Zawsze czysty i uporządkowany. W każdym pomieszczeniu. Naczynia zawsze pozmywane na świeżo. Pranie zrobione i rozwieszone. A później poprasowane. Okna myte co miesiąc najlepiej. Masz ogród? Najgorzej. Musi być w nim więcej kwiatków niż sąsiada. Spróbuj przegapić idealny moment koszenia trawnika. Koniec świata. Jak oni tak mogli zapuścić ten ogród. No jak mogliśmy, jak?! W przypadku rodziców – dzieci najszczęśliwsze na świecie i nigdy nie płaczące. A jak się jest kobietą – to oprócz tego, że się już uczyni ten dom idealnym, to jeszcze trzeba uczynić siebie idealną – szczupłą, z idealnym manicurem, pedicurem, wydepilowaną, umalowaną, z idealną fryzurą i błyskiem w oku. No jak ona tak może, to czemu ja nie mogę? Ja nie mogę być lepsza niż ona?!

Oraz każda inna idealna sfera życia

No ludzie, no. Tak się nie da. Nie gloryfikujcie kogoś, kto wydaje się Wam idealny, kto wydaje się nie wkładać wysiłku w utrzymanie tego idealnego domu, idealnej sylwetki i idealnych dzieci. Zapewniam, że jeśli ma to wszystko, to wkłada w to ogromny wysiłek, na pewno kosztem czegoś. Chociażby snu albo relacji z partnerem. Starajcie się być najlepszymi wersjami siebie samych, a nie być lepszymi niż Kaśka, Maryśka czy Antek. Każdy z nas dysponuje tym, czym dysponuje – ktoś będzie sprytniejszy, ktoś ładniejszy, ktoś bardziej wygadany i towarzyski. Ktoś inny będzie piękny. Albo uroczy. Albo niesamowicie inteligentny. Albo będzie Idealną Panią Domu. Albo będzie mieć smykałkę do biznesu. Każdy z nas jest inny. Nie sztuką jest oceniać innych i próbować im dorównywać pod każdym względem. Sztuką jest odnaleźć w sobie najlepsze cechy, nauczyć się je podkreślać i szlifować swoje talenty i umiejętności.

Zadanie #11 Nie porównuj się z innymi

W ciągu kilku najbliższych dni spróbuj wyłapywać momenty, gdy porównujesz się do innych. Przekierowuj wtedy swoje myśli na inne tory. 🙂 Skup się na sobie. Jaka/ jaki Ty jesteś. W czym jesteś dobra/ dobry. Co jest w Tobie ładnego. Każdą i każdego z nas życie ukształtowało w inny sposób, bo mieliśmy inne doświadczenia, spotykaliśmy innych ludzi, pracowaliśmy w innych miejscach, mamy różne poziomy i kierunki wykształcenia i – przede wszystkim – różne wartości. Wyglądamy też inaczej, bo mamy różne geny, różne sylwetki. Może w tym właśnie tkwi piękno? Jaka byłaby nasza wyjątkowość, gdyby każdy był taki sam, umiał to samo i wyglądał tak samo? Albo byśmy się pozabijali, albo doprowadzilibyśmy świat do ruiny. Gdyby każdy był niesamowicie inteligentny, to nie miałby kto budować dróg i domów. Nie miałby kto uprawiać ziemniaków. Nie miałby kto nam ich sprzedawać. Gdyby każdy był piękny i idealny, to co tak naprawdę podobałoby się nam w naszych partnerach? Co im podobałoby się w nas?

nie porównuj się

Mi też czasem włącza się takie ,,doskonałościowe” myślenie. Czasami chciałabym być idealną żoną, córką, wnuczką, przyjaciółką, gospodynią, idealną blogerką/pisarką, idealnie wyglądać, nigdy się nie mylić i na wszystkim się znać. Często wynika to właśnie z porównywania się i myślenia, że kogoś tam na pewno bardziej lubią (bycie lubianą i popularną, to nie jest cel mojego życia, ale oczywiście są osoby, które wiele dla mnie znaczą i chciałabym dla nich znaczyć równie wiele, a nigdy nie wejdę w ich głowy i się tego nie dowiem ;)) albo że pod jakimiś tam względami ktoś jest ode mnie lepszy. Dlatego w tym tygodniu zrobię sobie porządny rachunek sumienia.

Jesteśmy tylko ludźmi, ale każdy człowiek może stać się lepszy. Lepszy niż był wczoraj. To właśnie jest rozwój. Bo rozwój każdego z nas przebiega innym torem.

Małe postscriptum: pamiętajcie, że porównywanie się to nie to samo, co inspirowanie się. Warto mieć kogoś, kto Was inspiruje, kto ma podobne wartości do Waszych. Ważne, żeby Wasze wartości i cele zawsze były Wasze. Wiecie, o czym mówię. 🙂

Co powiecie na taki rachunek sumienia? Pod jakimi względami porównujecie się do innych ludzi i do kogo się porównujecie?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Pozostałe teksty z tego cyklu:

  1. Potęga wytrwania w decyzji, czyli postanów coś sobie | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Szacunek i tolerancja, czyli podstawa wszelkich relacji | 52 Tygodnie Pozytywności
  3. Odgruzuj swoją przestrzeń i poczuj przypływ energii | 52 Tygodnie Pozytywności
  4. Stwórz swoje własne rytuały | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. Wiosenne zmiany | 52 Tygodnie Pozytywności
  6. A może by tak… nieco profilaktyki | 52 Tygodnie Pozytywności
  7. Rezygnacja – jak to ugryźć? | 52 Tygodnie Pozytywności
  8. Czym dla CIEBIE jest pozytywność? | 52 Tygodnie Pozytywności
  9. Zaplanuj podróż | 52 Tygodnie Pozytywności
  10. Wyślij kartkę, nie SMS-a | 52 Tygodnie Pozytywności

A na dokładkę: Terror pozytywności?

Terror pozytywności?

terror pozytywności

Słyszeliście już na pewno o eko-terrorystach, wege-terrorystach albo o poprawnościowych terrorystach. Dziś o nowym tworze: terroryście pozytywnym. Jakkolwiek to brzmi.

Piszę ten tekst we wzburzeniu (och, jak niepozytywnie) i szczerze za wzbudzenie tego wzburzenia we mnie dziękuję znanej blogerce, którą za inne teksty cenię, ale ten jeden… no po prostu, no nie. Jeśli zaczytujecie się w blogach, to możliwe, że zgadniecie o jaką blogerkę i o jaki jej tekst chodzi. Ja żadnych personaliów podawać nie będę.

Ale o co w ogóle chodzi?

Ano o sporą nadinterpretację pozytywności. Z pozytywnością jest podobnie jak ze szczęściem (w końcu to pokrewne idee) – człowiek, który jest szczęśliwy, nie zawsze jest RADOSNY. Jak człowiek na przykład złamie nogę, to raczej nie będzie Z TEGO POWODU szczęśliwy, nie będzie skakał do góry, oł jea, złamałem nogę! Co nie zmienia faktu, że gdyby przestał uważać, że CAŁOKSZTAŁT jego życia i jego sposób myślenia czynią go szczęśliwym, bo teraz ma złamaną nogę, to to by zwykły dureń był. No przykro mi, czasem trzeba użyć mocnych słów.

I dokładnie tak samo jest z pozytywnością, pozytywnym nastawieniem, pozytywnym myśleniem. Weźmy sobie taką mnie. Taka ja sobie żyję w takim w sumie nieciekawym świecie. W świecie, gdzie bezdomni ludzie żebrzą na ulicy. W świecie, gdzie zachorowalność na raka wzrasta z roku na rok. W świecie, gdzie ciągle toczą się wojny, mordowane są dzieci, praktykowane jest niewolnictwo, ludzie są wyzyskiwani, a zwierzęta zamęczane na śmierć. Gdzie wyśmiewa się ludzi za to, że są inni. Taka ja żyję sobie w takim kraju, którego rząd tak sobie średnio mnie traktuje jako kobietę. Tak w sumie to nawet nie średnio, ale tak po prostu jakbym była upośledzona ze względu na fakt posiadania macicy. No wiecie, albo macica, albo mózg. W kraju, w którym muszę na lekarza specjalistę czekać 4 miesiące. A jednocześnie nie mogę wycofać się z NFZ-u na rzecz prywatnej opieki medycznej, bo i tak za ten NFZ będę płacić. Taka ja żyję w mieście, gdzie ludzie wciskają się do tramwaju, zanim inni wyjdą. W którym ludzie pchają się i nie patrzą, albo odwrotnie – stoją jak krowy i są najważniejsi na świecie. Pozwólcie, że tutaj zakończę tę wyliczankę, bo aż czuję te negatywne emocje wypływające spod moich palców i siejące spustoszenie w moim umyśle.

To wszystko, co wyżej napisałam to prawda. Taki jest świat. Możemy się z tym pogodzić, możemy z tym walczyć (pokojowo!), albo możemy się zatracić w narzekaniu naszym powszednim. Polskim tak bardzo. Ach, jak miło jest razem ponarzekać. Myślicie, że naszym sportem narodowym są skoki narciarskie? Piłka nożna może? A skądże! Na to miano jak najbardziej zasługuje narzekanie.

W ramach cyklu pytałam Was, czym według Was jest pozytywność. Co trzeba zrobić, żeby mieć pozytywne życie. Co daje Wam poczucie spełnienia i satysfakcji – przez co właśnie ja rozumiem pozytywne życie. Moja pozytywność to jest życie w zgodzie ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem.

A teraz uwaga.

Pozytywność NIE oznacza:

  • bycia zadowolonym zawsze i wszędzie;
  • udawania, że świat jest kolorowy i idealny;
  • udawania, że my jesteśmy idealni;
  • braku pracy nad sobą i narcyzm (jw.);
  • braku odczuwania smutku;
  • braku odczuwania gniewu;
  • braku odczuwania żalu, rozczarowania, irytacji.

Kochane i kochani moi. Wyżej wymienione cechy i zachowania to objawy zaburzeń psychicznych, a nie pozytywnego nastawienia. Tak, są sytuacje, które wywołują w nas różne emocje. Nie kontrolujemy emocji. Może czasem nawet komuś przez moment złorzeczymy, czego (mam nadzieję!) po chwili zastanowienia żałujemy. To wszystko nie sprawia, że nagle przestajemy być pozytywnymi ludźmi. Czasami o to, by zaskoczyło pozytywne jest trudniej, bo życie jest trudne. Wiecie, jak pada deszcz, to naprawdę nie musicie się na to uskarżać. Tak, teraz mamy tragiczną pogodę. Zimno, wilgotno, fuj. Raz pada, raz nie pada. Nie może się zdecydować. Trudno. Gdyby nie deszcz, to byśmy wszyscy pousychali, mieli non-stop pożary (pomyślcie jak Australijczycy cieszą się na deszcz), trawa nie rosłaby taka piękna i zielona, nie byłoby takiej różnorodności biologicznej, a gdy jest gorsza pogoda, można robić mnóstwo przyjemnych rzeczy w domu. Albo zrobić coś, co długo odkładaliśmy, bo wcześniej lepiej było hasać po zielonej łące. Deszcz to jest pierdoła. Przy deszczu naprawdę nietrudno o pozytywne myślenie.

terror pozytywności

Natomiast, jak pisałam wyżej – są w życiu bardzo trudne sytuacje. Czasami tracimy kogoś w wyniku tragedii. Czasami musimy zrezygnować z czegoś, na rzecz czegoś innego. Czasami po prostu wszystko wali nam się na głowę i mamy wszystkiego dosyć. Ale wygrzebujemy się z tego. Pozwalamy by wybrzmiały w nas te wszystkie przykre emocje, a później żyjemy dalej. To wymaga odwagi i jest cholernie trudne. Ale to jest też dobre dla naszej psychiki. Nie bardzo rozumiem, dlaczego kiszenie się całe życie w swoim kokonku nieszczęścia miałoby być w jakiejkolwiek mierze lepsze.

Użalanie się nad sobą jest łatwe. To jest wyłącznie TWÓJ wybór, czy chcesz się użalać nad sobą i światem, czy robić coś i iść do przodu. Nikt Cię do tego nie zmusza.

No, doprawdy, gdzie ten terror? Dopóki masz wybór, dopóki ktoś nie głodzi Cię, żeby coś na Tobie wymusić – nie ma terroru. Sorry.

Jeśli mimo wszystko mój pozytywny terror jakoś Cię rajcuje (Ty psychologiczny zboczeńcu ;)), to możesz śledzić moje dalsze losy na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Jak sobie radzić z negatywnymi ludźmi?
  2. Prosta recepta na szczęśliwe życie? Żyj i daj żyć innym
  3. Czy wszystko można wybaczyć?
  4. Czym dla CIEBIE jest pozytywność? | 52 Tygodnie Pozytywności

Marcowe znaleziska z sieci

marcowe znaleziska z sieci

Tym razem dużo przemyśleń o miłości do siebie i tworzeniu zdrowych relacji (także ze sobą). O tym, jak się odstresować, słuchając czyjegoś szeptu i jak najskuteczniej sformułować odmowę. Dowiecie się też, dlaczego przy niektórych ludziach czujemy się jak mędrcy, a przy innych jak skończeni głupcy. A także o dwóch fajnych chłopakach, którzy od niedawna spełniają swoje marzenie. 😉 Gotowi?

Dacie wiarę, że minęło już 90 dni od początku roku? Żeby nie myśleć „ojeju, jeju, zaraz życie mi się skończy”, wolę jednak myśleć, że w końcu nadeszło ciepełko. ❤ Dzisiaj jest absolutnie niesamowicie w Warszawie, jak w maju. 🙂 Dlatego mam dla Was kolejną wyselekcjonowaną porcję linków do tekstów, które warto przeczytać. Tym razem pozwolę sobie na nieco więcej prywaty, ale o tym na końcu. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. 😉

Dbanie o siebie i inspiracje

ASMR

Obejrzałam sobie filmik Pauliny Mikuły – który również jak najbardziej polecam – o tym, jak sobie radzi ze stresem. Mówiła o dobrze mi znanym kanale Yoga With Adriene i zaraz później o kanale SoftAnnaPL. Muszę Wam powiedzieć, że z różnych przyczyn ostatnio jestem chodzącym kłębkiem nerwów, ale kiedy na próbę puściłam sobie ten filmik, to zrelaksowałam się momentalnie. Nie będę kłamać – obejrzałam go dzisiaj i wrzucam go tu spontanicznie, nie przekonawszy się o długotrwałych efektach oglądania filmików ASMR, ale nie omieszkam się w temat wgłębić.

 

Miłość do siebie

I jeszcze jeden filmik – Mimi Ikonn o miłości do siebie i samoakceptacji. Także akceptacji swoich lęków i tego, że czasem ma się gorszy dzień.

Ciałopozytywność

Albo chociaż ciałoneutralność. Tematyka bloga, z którego tekst Wam podrzucam, wskazuje raczej na to, że powinnam go umieścić w kategorii „seksualność”, ale w tym akurat tekście chodzi raczej o akceptowanie siebie i o wyjście poza szablon „atrakcyjności”, a także o zaakceptowanie tego, że nam może podobać się coś, co nijak do tego szablonu nie pasuje.

Ważne, co Ty o sobie myślisz

I na deser Tekstualna o tym, że dbanie o siebie i myślenie o sobie dobrze ≠ egoizm ani próżność.

Ekologia

Jak to jest z tym boraksem?

Dobry dla środowiska czy niedobry? Naturalny czy nie? Szkodzi nam czy jest niegroźny? Na te pytania odpowiedź znajdziecie w tym właśnie tekście. Podoba mi się szczególnie to, że potwierdza moją teorię, że umiar ponad wszystko! 🙂

Świetne firankowe woreczki jako alternatywa dla foliówek

Jeśli śledzicie mojego instagrama, to wiecie, że oprócz wielorazowych toreb na zakupy od niedawna używam też worka na pieczywo. A do pakowania warzyw i owoców albo nie używam niczego (jeśli biorę kilka sztuk) albo używanej już wcześniej foliówki. Tak, wiem, jestem winna i to nie jest dobre, bo to ciągle jednak plastik i on naprawdę nie wytrzymuje długo. Dlatego przymierzam się do wykonania takich właśnie woreczków. Świetna sprawa.

Społeczeństwo i relacje

Efekt Pigmaliona

Czyli o tym, dlaczego przy niektórych ludziach czujemy się supermądrzy, a przy innych niczym nierozgarnięte czterolatki?

Urban legends

O różnych takich opowieściach „ku przestrodze”. Takie jak niebieski wieloryb, zabawa w słoneczko i niebezpieczna czarna wołga. 😉

Zwyczajna lalka Barbie [ANG]

Nie wiedziałam, do której kategorii to upchnąć, ale jako że niemożliwe i nieproporcjonalne wymiary standardowej Barbie realnie wpływają na samoocenę dziewczynek, to wrzucam tutaj. Lalki Nickolay Lamm odwzorowują przeciętne wymiary 19-latki. Takiej normalnej, zdrowej dziewczyny z realnymi proporcjami ciała.

O wolności w relacji

O tym, żeby nie być małą, kontrolującą i nieznośną zołzą-zazdrośnicą, która w każdym wyjściu swojego faceta widzi potencjalną zdradę. Dajmy sobie wzajemnie trochę luzu i wytchnienia!

I o wolności w relacji od kobiecej strony

O tym, jak nie stracić siebie samej i jak nie poświęcać całego swojego życia partnerowi. Pamiętajcie, że nie jesteście żadnymi połówkami, tylko dwoma pełnowartościowymi całościami, które mają swoje hobby, swoich znajomych i swoje całkiem odrębne aktywności.

Jak odmawiać?

O bardzo prostej różnicy między „nie mogę, bo…”, a „nie robię tak”. Pewnie intuicyjnie czujecie, co lepiej powiedzieć, żeby Wasze NIE lepiej dotarło, ale i tak zapraszam Was do lektury całego tekstu. 🙂

Seksualność

Dwa teksty o kobiecym orgazmie. Wszyscy tak krzyczą, że wszystko wiedzą o seksie i nikogo seksu nie trzeba uczyć. To się przekonajmy. 😉

6 największych i najbardziej szkodliwych mitów związanych z kobiecym orgazmem

Kobiecy orgazm – to skomplikowane

Przemyślenia różnej maści

Strasznie fajny tekst Matyldy Kozakiewicz…

…o tym, jak się życie zmienia przez dekadę.

Czym jest minimalizm?

Odpowiedź na to pytanie wszyscy znamy. Czyżby? Aneta Kicman z Zenbloga to kolejna osoba z tego zestawienia, która odwołuje się do umiaru i raczej nastawienia niż liczb.

O robieniu rzeczy „po staremu”

Dwa miesiące temu (nie do wiary!) podrzucałam Wam tekst Sary Ferreiry o pisaniu listów. Tym razem Blimsien trochę szerzej o ograniczaniu udziału technologii w naszym życiu na rzecz działania bardziej analogowego. Daje do myślenia.

Jedzonko

Najlepsze na świecie kotlety wegańskie

Zrobiłam je z – częstego zimą i wczesną wiosną – braku pomysłu na obiad. Obiadowo moją ulubioną porą roku jest jesień, ze względu na cukiniowo-bakłażanowo-paprykowo-pomidorowe rozkosze podniebienia, ale przy braku tych wszystkich cudów natury gryczano-fasolowe kotlety wegańskie są jak marzenie! Dobra rada: zaopatrzcie się w mielone siemię lniane, to nie jest zbytek, bez niego kotlety nie trzymają się tak dobrze. Sprawdziłam przy poprzednich próbach. 😉

Wegańskie kulki kokosowe a la bounty

Prostota tego przepisu składnia mnie do jego wykonania. Miałam je zrobić w tym miesiącu, ale był zbyt szalony. Za to kupiłam sobie w końcu ekologiczne wiórki kokosowe, więc może w kwietniu?

Wegańskie brownie

A to jest moja motywacja do wypróbowania aquafaby. 🙂 Czekolady nigdy dość, a dobre brownie jest na wagę złota. ❤

Indyjska pizza

Spód do pizzy, ciecierzyca i świeża kolendra? Tak, poproszę ❤

Shakshuka

Coś, czego też koniecznie muszę spróbować. 🙂

Prywata

Browar mojego Męża oraz jego wspólnika

Nazwali się Monsters, bo twierdzą, że robią potwornie dobre piwo. 🙂 A ja to z pełną mocą potwierdzam. Postanowili więc wyjść z tym poza domowe zacisze (a właściwie dwa zacisza ;)) i uraczyć świetnej jakości piwem innych jego wielbicieli. Chłopaki zaczynają od kooperacji, czyli warzenia wspólnie z innymi browarami, ale to dopiero początek. Jeśli interesują Was ludzie, którzy przekuwają swoje pasje w biznes i spełniają swoje marzenia to koniecznie obserwujcie ich na Facebooku i Instagramie. 🙂 I przyjdźcie spróbować ich pierwszego kooperacyjnego piwa na Warszawskim Festiwalu Piwa. 🙂

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Znaleziska z wcześniejszych miesięcy:

  1. Lutowe
  2. Styczniowe
  3. Listopadowe