Rzut (krytycznym) okiem na „hygge”

dlaczego nie lubie hygge

Przemawia do Was idea hygge? Dałyscie/daliście się przekonać do jakże kuszącej wizji relaksu w ciepłych skarpetach z ciepłą herbatą i książką w ręku?

Już prawie wiosna, więc to ostatni dzwonek, żeby się w końcu uzewnętrznić w związku ze sławnym hygge. Będę krytyczna, ale o tym, dlaczego krytyka niekoniecznie musi być negatywnym zjawiskiem, napiszę kiedy indziej. Hygge takie, jakim jest prezentowane na blogach czy social mediach bardzo pasuje do zimy. I to zimą – szczególnie przed Bożym Narodzeniem – był największy hype na zakup tych minimalistycznie wydanych książek (żeby było jeszcze bardziej cosy). Rzucam tak sobie tymi hygge i cosy, bo nie ma dobrego tłumaczenia tego słowa. Zwłaszcza w kontekście tego, o czym Wam za chwilę opowiem. Niektórzy jednak porywali się na tłumaczenie go na język polski i przekładali je na przytulny. To nie do końca tak jest. A przynajmniej nie na takiej zasadzie, jak nam się wydaje. Ale po kolei.

Nie czytałam „domyślnej” książki o hygge

Zdradziłam się straszliwie, wiem, przepraszam. Jednak właśnie dlatego nie będę jej krytykować. Swoje przemyślenia na ten temat opieram tylko i wyłącznie na blogowych recenzjach i innej książce, którą przeczytałam – ale o tym za chwilę. Dlaczego nie przeczytałam Hygge. Klucz do szczęścia? Ogólnie bardzo podoba mi się idea książek rozwojowych i slow life, dlatego – przyznaję – na początku zajarałam się tą książką. Nawet poleciałam do księgarni, żeby się jej przyjrzeć. No i jakoś tak nie chwyciła mnie za serce. Tyle że okładkę ma ładną.

Później po prostu trafiła mnie myśl, która pewnie gdzieś tam przez moją podświadomość przebiegła, gdy przeglądałam książkę i która przypieczętowała moją decyzję o porzuceniu zainteresowania nią: po co ja w ogóle miałabym o tym czytać, skoro takie skarpetowo-kocowo prezentowane hygge to mój naturalny zimowy stan. Lubię zimę właśnie za te koce, skarpety i herbatę-grzańca (a przy większym mrozie… po prostu grzańca ;)). Lubię przytulić się do mojego Męża i oglądać razem film (raz sci-fi, raz feel-good movie, żeby było sprawiedliwie). I lubię czytać książkę w ciepłym mieszkaniu i żreć przy tym jakieś ciastka, udając że są zdrowsze, bo są z innej mąki i zawierają cukier trzcinowy, a nie buraczany. Albo po prostu pisać, gdy mnie najdzie taka potrzeba. W kontekście blogowych recenzji wydawałam się sobie bardzo hyggelig.

A potem przeczytałam Skandynawski raj

Nie będę Wam tu recenzować tej książki, powiem tylko, że jest warta przeczytania – zwłaszcza jeśli zawsze uważałyście/uważaliście, że życie w Skandynawii nie ma żadnych wad. Swoją drogą, serio, Polacy tak narzekają na zimę, śnieg i mróz, a potem nagle widzą hygge i pędzą do Szwecji i Finlandii. Ta, jasne. W każdym razie – warto się przekonać, jaki jest drugi koniec tego utopijnego skandynawskiego kija. Michael Booth każdemu krajowi nordyckiemu poświęcił osobny rozdział, a w każdym z nich znajdziecie prawdziwe smaczki. Zwłaszcza,  że Booth jest z pochodzenia Brytyjczykiem i raczy czytelników swoim wspaniałym angielskim poczuciem humoru. Ożenił się z Dunką i dzięki temu, że zamieszkał z nią w Danii, przekazał nam trochę gorzkiej prawdy o tym kraju.

Na początek trochę kontekstu, bo kontekst bardzo się w życiu przydaje.

Wysokie podatki – hot or not?

Zaczynam od czegoś, co teoretycznie nie pasuje do rozważań o hygge, bo co mogą mieć wspólnego podatki ze zwyczajami przedstawicieli jakiegoś narodu? Niby nic, a jednak chcę Wam pokazać, jak bardzo pozory mogą mylić. Kiedyś ktoś mi powiedział, że Duńczycy z radością płacą wysokie podatki, bo wierzą, że rząd zrobi z nich właściwy użytek. Coś w tym jest, ale z tym entuzjazmem to bym nie przesadzała, bo okazuje się, że Duńczycy – jak wszyscy – na podatki psioczą. Nie dziwię im się wcale, bo mają najwyższe stawki podatkowe na świecie i po zsumowaniu wychodzi im nawet… 72 procent! Co ciekawe, psioczą, ale również odnoszą się z niechęcią do prób ich obniżenia. I niby wszystko by grało, gdyby nie dwa interesujące fakty. Po pierwsze, z jakiegoś powodu Duńczycy wielu zakupów dokonują na czarnym rynku. Po drugie, prywatnie są zadłużeni po uszy, a przy tym nie potrafią oszczędzać. A dlaczego nie potrafią oszczędzać? Bo państwo wszystko da. I koło się zamyka. Wnioski wyciągnijcie sobie same/sami. To tylko przykład. Ale jedźmy dalej.

Prawo Jante, czyli nie myśl, że jesteś lepszy niż my

W 1933 roku spod pióra Sandemose’a wyszła powieść Uciekinier w labiryncie, w której zdemaskował on prowincjonalne miasteczko Nykøbing. Niby przezornie nadał mu nazwę Jante, ale wszyscy szybko się zorientowali, o jaką miejscowość chodzi. Ba! Podobno nawet można było rozpoznać poszczególnych „prawdziwych” mieszkańców. Powieść wywołała niemały skandal, bo Sandemose zaprezentował ich jako: małostkowych, zazdrosnych plotkarzy, którzy „snobowali się na brak snobizmu” (cyt. za Boothem). A to całe prawo Jante to jaki duński dekalog. Według Boothe’a wciąż aktualny.

dlaczego nie lubię hygge

No i jak Wam to na razie pasuje do wykreowanego ostatnio obrazu hygge? To jeszcze nie koniec – przejdźmy do sedna.

Hygge, czyli rozmowy o dupie Maryni

Wybaczcie tę nagłówkową wulgarność, ale naprawdę żadne inne słowa lepiej nie oddają tego, czym według mnie jest hygge i jak je odebrałam po lekturze Skandynawskiego raju. Z góry ostrzegam, że teraz zaleję Was falą cytatów. 😉 W pierwszym akapicie Boothe pisze, że „hygge to zwodniczo (moje podkreślenie) swobodny i nieformalny, typowo duński sposób tworzenia przytulnej, pełnej serdeczności domowej atmosfery, w rzeczywistości drobiazgowo skodyfikowany i podporządkowany surowym rytuałom społecznym, egzekwowanym z absolutną, wręcz tyrańską bezwzględnością”. Dalej autor pisze: „Duńczycy kochają go i cenią bardziej niż ambrę i gwiezdny pył”. Dlaczego to złudzenie przytulności jest złudne? „Początkowo może się wydawać, że hygge podpada pod kategorię zgoła niewinnych skandynawskich obyczajów i przywodzi na myśl wino lejące się strumieniami, ogniska, światło świec i spędzany przyjemnie w miłym towarzystwie czas”. Na koniec Boothe przyznaje, że czuł się coraz bardziej zniechęcony tym całym hyggowaniem, a do ostatecznego jego znielubienia przyczyniła się „tyrania, z jaką hygge wymusza consensus, jego uporczywy nacisk na unikanie w rozmowach wszelkich potencjalnie kontrowersyjnych tematów, natrętna potrzeba utrzymywania lekkiej i przyjemnej atmosfery za wszelką cenę”.

dlaczego nie lubię hygge

Widzicie już, że coś jest nie tak? Hygge to nie jest niewinne spędzanie ze sobą czasu w miłej atmosferze albo czytanie książki przy kominku, a zwyczajny konformizm ubrany w piękne szaty. W ten sposób Duńczycy mogą się mieć na siebie wzajemnie oko. To się w socjologii ładnie nazywa kontrolą społeczną. Nie jest ona sama w sobie zła – wszystko zależy od kontekstu – czasami może ona chronić przed naprawdę szkodliwymi zachowaniami, czasami może blokować postęp społeczny. I tu wracamy do jakże pięknego prawa Jante – spróbuj poruszyć temat, który nie jest uznawany za „właściwy” (np. społeczno-polityczny), spróbuj pochwalić przy wszystkich swoje dziecko za to, że jest najlepsze w klasie, a spotkasz się z pełnym oburzenia milczeniem. I nie łudź się – tylko Duńczycy wiedzą, co zrobić, żeby było naprawdę hyggelig.

Ściśle powiązane z hyggelig jest folkelig, co oznacza tak naprawdę nacjonalizm w czystej postaci. Ale o tym już sobie poczytajcie w książce. To jak tam? Nadal uważacie, że hygge jest takie urocze?

Czytałyście/czytaliście którąś z wymienionych przeze mnie pozycji – opiewającą zalety hygge albo tę bardziej krytyczną? Co sądzicie o tym całym hygge i w ogóle o Skandynawach?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Szacunek i tolerancja, czyli podstawa wszelkich relacji | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Jak nie być lubianym?
  3. Prosta recepta na szczęśliwe życie? Żyj i daj żyć innym
  4. Dziecko, Ty nic nie wiesz o życiu!
Advertisements

18 thoughts on “Rzut (krytycznym) okiem na „hygge”

  1. Hm… mam wrażenie, że spotkałam się z czymś analogicznym. Kojarzy mi się to ze spotkaniami, na których utrzymuje się za wszelką cenę odpowiednią „atmosferę” tak, żeby „babcia się nie denerwowała” etc. Myślę, że kulturowo usankcjonowana pielęgnacja nieszczerości wobec samego siebie i siebie nawzajem do nieczego konstruktywnego doprowadzić nie może, bez względu na to, jak bardzo ciepłych skarpet by nie nosiła 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Miałam wręcz identyczną reakcję do Twojej. Zajarałam się jak lampki na choince i pobiegłam do Empiku. Wzięłam książkę do ręki, przekartkowałam i jakoś… Entuzjazm opadł, magia zniknęła. Natomiast bardzo chętnie sięgnę po proponowany przez Ciebie tytuł. Lubię poznawać różne punkty widzenia tego samego zagadnienia 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Hmm. Wg mnie zupełnie nie o to chodzi. 🙂 Krytykowanie hygge jest jak krytykowanie Bożego Narodzenia – Polacy przecież „tylko pozornie” z radością ubierają choinkę, przygotowują 12 dań i wręczają prezenty, przecież w rzeczywistości jest to społeczny obowiązek, z którego niewywiązywanie się grozi ostracyzmem społecznym, ze względu na brak poszanowania wartości i religii. Tymczasem to ciężka harówa w kuchni, pusty konsumpcjonizm prowadzący do życia na kredyt i sztywne konwenanse – wszak święta należy spędzać zgodnie z normami społecznymi. Spotkania przy stole często są też pełne sporów na tle politycznym. A do tego Polacy nacjonalistycznie uważają, że ich Boże Narodzenie jest lepsze od tradycji amerykańskiej. Na podstawie cytatów i Twojego opisu, mam wrażenie że właśnie to Boothe robi z Hygge.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Pozwolę sobie się z Tobą nie zgodzić, chociaż w pewnym sensie masz rację. Ja do Bożego Narodzenia właśnie tak podchodzę. Dla mnie to dzień jak każdy inny, ale staram się wytworzyć tę „magiczną” otoczkę dla bliskiej osoby, której na tym zależy. Jednak chodzi mi raczej o to, że trudno porównywać jakiś ogół zachowań przedstawicieli danego narodu, ich ogolne podejście do życia i spotkań z ludźmi, do świąt, które wszak sa tylko raz w roku. 🙂

      Lubię to

  4. Świetny artykuł. Powiem szczerze, ze nie czytałam obu książek, ale podczas całego boomu na Hygge nie przyciągnęło mnie to w żaden sposób. Mam na myśli to, ze nie miałam ochoty przeczytać tej pięknej książki. Nie bardzo wiedziałam dlaczego, ale po Twoich rozważaniach juz wiem 😉 nie wszystko jest takie, na jakie wyglada.
    Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s